niedziela, 2 listopada 2014

Rozdział 2

     Zaczerpnęłam zimnego powietrza do płuc i starałam się wytężyć jak najmocniej wzrok. Dookoła mnie panowała ciemność, z której nie wydobywało się nawet malutkie światełko, które rozproszyłoby to budzącą strach czerń. Delikatnie, a nawet wręcz niepewnie poruszyłam rękoma. Poczułam jak moje ciało zaczyna się ruszać, odrywać od podłoża. To uczucie było tak nieprawdopodobne, zdawało mi się, iż zaczynam wzbijać się w górę, latać w czarnej otchłani. Nie wiedziałam gdzie podążam, ale zdawałam sobie sprawę z mojej głupoty. Zamiast pozostać na ziemi i poruszać się pieszo to zaczęłam wzbijać się w górę. Bojąc się upadku poprzez zaprzestanie poruszania rękoma, ciągle nimi machałam.
Wzdychnęłam.
    Tak mała czynność jak ta spowodowała, że opuściłam ręce i zaczęłam z zawrotną prędkością spadać w dół. Próbowałam jeszcze przez chwilę ratować się niezdarnymi ruchami, lecz na nic się to zdało. Upadłam twardo na zimną ziemię i syknęłam z przeraźliwego bólu, który rozszedł się od mojej miednicy, aż po sam koniec kręgosłupa.
     - Złap mnie za dłoń- ktoś przede mną stał, a bynajmniej tak myślałam. Z braku jakiegokolwiek światła mój wzrok był całkowicie bezużyteczny, a na domiar tego mój zmysł słuchu także dostawał kręćka i źle reagował- no śmiało- po omacku odnalazłam ją i chwyciłam. Wzbiłam się na moment w górę i zapewne leciałabym dalej gdyby nie nieznajomy, który szarpnął za moje ramię i sprowadził z powrotem na płaski grunt.
      - Dziękuję- odpowiedziałam niepewnie.
Nie widząc jego twarzy czułam na skórze przechodzące ciarki, które wprawiały mnie w jeszcze większy strach. Nie wiedziałam nawet gdzie się znajduję. W otchłani? W piekle lub też w czyśćcu? A może też był to tylko koszmar? Dla pewności tego ostatniego uszczypnęłam się mocno w ramię. Nic. Obraz nie zaczął się zamazywać, ani znikać, nadal w nim pozostawałam. 
     Poczułam na szyi czyjś dech. Jego, tego nie znanego mi człowieka. Zaczął delikatnie muskać swymi wargami moja szyję. Czułam jak policzki robią mi się czerwone, a cały stres i strach odlatują. Objął mnie swoimi ramionami i wtedy już wiedziałam, że jestem w objęciach kogoś nieziemskiego.
        Anioła.
     Próbowałam odepchnąć się od niego. Pomimo tego, że wyczuwałam u niego tą niesamowitą i niespotykaną mi dotychczas aurę, ale wyczuwałam też inną, złą i straszną, która budziła grozę. To od niej chciałam się uwolnić, to od niej chciałam uciec. Bezskutecznie. Zaschło mi w gardle, płuca zmniejszyły się, zmalały, były jak małe, zmarszczone rodzynki. 
       Powoli, zaczął wbijać swoje paznokcie w skórę pod żebrami. Syknęłam z bólu gdy przejechał nimi w dół i rozciął ją. Po brzuchu popłynęła ciepła krew i tak krótko jak to trwało zmienił swojej lewej dłoni, która znalazła się na moim sercu. Nie wiem czego się spodziewałam, ale nie tego. Przebił się przez skórę, mięśnie i kości. Złapał za serce i mocno ścisnął. Straciłam dech i czucie, a moje myśli z każdą chwilą coraz mocniej wirowały.
        Jeszcze przed zniknięciem nieznajomy wypowiedział dwa krótkie zdania.
       - Witaj kwiatuszku. Jeszcze nie teraz, ale już niedługo- po tym pierwszym poznałam go.
***
   Byłam cała zlana potem od czubka głowy, aż po same palce u nóg. mój oddech był płytki, nierówny. Pościel, która opatulała moje trzęsące się ciało była wilgotna, a w niektórych miejscach mokra.
      Siedziałam na małym łóżku w ciemnościach. Bałam się, bo przypominało mi to o tym co przed chwilą się działo. Wzięłam głęboki wdech by wyrównać oddech i opanować myśli, które krążyły wokół zaciskającej się ręki na moim sercu. Ze strachu zasłoniłam rękoma twarz, próbując odgonić koszmary. Siedziałam w takiej pozycji do wschodu słońca. Ten czas trwał wiecznie, a wieczność była przerywana ciągłymi wspomnieniami koszmaru, którego nie potrafiłam odróżnić od rzeczywistości,  a fikcji. Kiwałam się z boku na bok, a gdy tylko pierwsze słabe promienie słoneczne zaczęły przebijać się do pokoju stałam się bardziej pewna siebie.
     Wychynęłam powoli jedną nogę poza krawędzie łóżka, a za nią drugą. Siedziałam teraz na brzegu wiśniowej pościeli. Zwróciłam wzrok w kierunku małego lustra i uśmiechnęłam się do swojego odbicia.
     Po głowie krążyła mi tylko jedna myśl, by uciec choć na chwilę z tego pokoju. Usłuchałam się jej i wybiegłam z pomieszczenia zabierając po drodze kilka rzeczy. Zamknęłam drzwi na klucz i ruszyłam na parter by skorzystać z łazienki.
Na korytarzach panował półmrok. Nie było tu dostępu do światła słonecznego, a jedynie posiadał rzadko wiszące lampy, które raziły pomieszczenie żółtym światłem nieprzyjemnym dla oczu. Pozostawał taki przez cały dzień.
      Będąc pod łazienką, spojrzałam wpierw w górę. by spojrzeć na małe okienko w drzwiach. Paliło się w nim światło. Postanowiłam zaczekać, aż osoba siedząca tam zwolni łazienkę i wyjdzie. Rozglądnęłam się po małym pomieszczeniu, w którym panował spokojny i przyjemny nastrój. Znajdowały się tu dwie zgniło zielone sofy ustawione równolegle do siebie i jeden żółtawy fotel, a pomiędzy nimi mały drewniany stolik do kawy.
     Usadowiłam się na starym fotelu i sięgnęłam po już kilku letnie czasopisma. Przerzucałam leniwie ich strony, a kątem oka chwytałam skrawki wyblakłego tekstu. Tak minęło mi dziesięć minut. Nie chciało mi się dłużej czekać więc podeszłam do drzwi i zapukała. Spróbowałam także je otworzyć. Szarpnęłam za klamkę. Znów nic. Walnęłam pięścią o drewniane drzwi i pozostało mi jedynie zadzwonić na policję, gdyż podejrzewałam najgorsze. 
     Łazienka była tu najstraszniejszym miejscem. Popełnione tutaj trzy samobójstwa napawały każdego pytaniem. Kto będzie następny? O pierwszej z tych osób nic praktycznie nie wiedziałam. Jej śmierć była owiana tajemnicą, a ślady pozostawione po niej nadal były widoczne w tym małym pomieszczeniu. Ściany pokryte płytkami, w niektórych miejscach były popękane, a kabina posiadała głębokie wgięcia. Kolejne dwie śmierci, były znane na cały lokal, nawet przez tych co dopiero co się wprowadzili tutaj.
      Gdy rozległy się syreny policyjne wszyscy zaczęli się schodzić zaciekawieni tym co się stało, a każdy z nich dobrze wiedział o co chodzi. 
       Gdy wszyscy byli już w przedsionku do budynku wparowała grupka policjantów i kilku medyków.               Przez cały ten czas drżącą ręką wskazywałam szare drzwi. Jeden z funkcjonariuszy wyważył je i zastał na zbyt nie miły widok.
      Właściciel lokalu pan Borgia, niski Włoch o bujnych lokach, nie miał szczęścia z tą inwestycją, by choć trochę na niej zarobić musiał obniżyć ceny wynajmu, a teraz znów będzie musiał to zrobić. Z nietęgą miną i zaniepokojeniem patrzył to raz na policjantów, a później na wszystkich zgromadzonych wyszukując kogo brakuje. 
       Wszyscy odpuścili swoje dzisiejsze wykłady i z niecierpliwością wyczekiwali na upragnioną wiadomość
        Kto zginął?
***
       - Mam nadzieję, że znudziły ci się studia. Mógłbyś wrócić i zacząć pracować razem z mamą. Hy?
       - Nie. Nadal wolę prawo od modelingu. Kończę.
       - Ale przed...
      Suka. Miałem jej dość odkąd zaczęła mi trawić o wspólnej pracy. Miałem już wszystkiego po dziurki w nosie.
      Dzisiejszy dzień został dokładnie zaplanowany i przemyślany. Nic nie mogło go zepsuć. Zszedłem na dół do łazienki, drzwi zamknąłem na zamek. Cmoknąłem powietrze. 
    Spojrzałem na skórzany zegarek, wskazywał on za pięć czwarta. Ostatni raz obleciałem wzrokiem pomieszczenie, które było utrzymane w czystości i przypominało z lekka szpitalną łazienkę przez seledynowe płytki. Z prawej kieszeni dżinsowych spodni wyjąłem czystą żyletkę i kilka razy przejechałem nią po opalonym nadgarstku. Lejącą się krwią napisałem na lustrze pożegnalne zdanie i mocniej złapałem pistolet ręką. Przyłożyłem go do głowy.
       PUF!


Witam, na wstępie chciałabym wam przypomnieć, iż rozdziały nie będą przez dłuższy czas dodawane regularnie, a nawet jeśli bardzo chce już ukończyć poprawę wszystkich dotychczas napisanych rozdziałów to nie mogę. Brak własnego komputera ogranicza mnie. Na święta postaram się opublikować 3 i 4. Jak i także zapraszam do zaobserwowania bloga i profilu w google+ dzięki czemu będziecie na bieżąco.

wtorek, 7 października 2014

Rozdział 1

     Spoglądałam przez małe okno z widokiem na park. Jesień była już dość bardzo widoczna, liście przybrały czerwone i żółte kolory, a trawa odcień zgnilizny. Choć przez temperaturę mogłoby się zdawać, iż nadal trwa lato, to cały krajobraz nie kojarzył się z morzem, z piaszczystą plażą i bezchmurnym niebem. Noc zapadała szybciej od wcześniejszych, a zimne poranki kazały przywdziać na ramiona cieplutki płaszczyk. Dzieci na małym placu zabaw korzystały z ostatnich promieni słonecznych dzisiejszego dnia, a starsze małżeństwo, które jeszcze przed chwilą rzucało ziarna ptakom zbierało się z powrotem do domu.
      Zaczerpnęłam świeżego powietrza do płuc i skupiłam wzrok na bladej ręce. Lekko przejechałam żyletką po skórze, poczułam nieznaczne uszczypnięcie w tym miejscu. Przejechałam ponownie ostrzem. Syknęłam z bólu, po tym cięciu zaczęła płynąć ciemno czerwona krew. Przyjrzałam się uważniej ranie i odetchnęłam z ulgą, a na mojej twarzy pojawił się nawet leciutki uśmiech. Powtórzyłam tą czynność kilkakrotnie.
     Mimo tego, iż przez ten czas sprawiało mi to przyjemność to po ciągłym tworzeniu ran zdałam sobie sprawę z mojego problemu, który siedział w mojej głowie. Już osiem lat temu w sierocińcu zaczęłam to robić. Doskonale wiedziałam, że dopuszczam się czegoś złego co przerażało kolegów z klasy i opiekunów sierocińca.
    Opadłam ciężko na kolana, na policzkach poczułam ciepłe łzy, a na skórze zimne dreszcze. Ciało potrząsane było przez drgawki. Resztkami myśli kazałam sobie doczołgać się do łóżka. Gdy tylko wgramoliłam się na twardy materac, do piersi przytuliłam śnieżnobiałego pluszowego królika, a kolana przyciągnęłam bliżej siebie. Podniosłam pyszczek pluszaka i spojrzałam mu w czarne oczęta, które rozumiały mnie jak nikt inny. Pogłaskałam go po jego długich i miękkich uszach.
       Zawsze gdy było mi smutno i płakałam chciałam mieć go jak najbliżej siebie, przypominał mi o Aleksie i o wszystkich spędzonych razem chwilach. Dostałam Rufusa od niego, a był on jedyną materialną pozostałością po nim. Okryłam się puchatą kołdrą i ukryłam twarz w dłoniach. Nie wiedząc kiedy, zapadłam w głęboki sen.
       Obudziłam się dopiero gdy na nocnym niebie wisiał już wysoko księżyc w pełni, który oświetlał mały pokój. Spojrzałam na zegar wiszący na brzoskwiniowej ścianie, wskazywał on piętnaście po pierwszej. Bolała mnie trochę szyja więc z dotychczas niewygodnej pozycji- pół leżącej- ułożyłam się na plecach i wystawiłam przed siebie ręce. Kusiło mnie by spojrzeć na ich wewnętrzną stronę, ale powstrzymałam się od tego zamiaru i opuściłam je luźno wzdłuż ciała.
***
       Oparta o zimną ścianę przetarłam zmęczone oczy i przejechałam dłonią po lekko tłustych włosach. Rozprostowałam długie nogi wychodzące poza jaśminową pościel, napięłam mięśnie i przeciągnęłam się. Kilka razy zamrugałam powiekami i odwróciłam głowę w lewo, w stronę owalnego lustra wiszącego nad małą umywalką. Zobaczyłam w nim niezbyt atrakcyjną postać, która swoimi czarnymi lokami przypominała Bellatriks Lestrange. Późna godzina zmobilizowała mnie do wstania i zabrania ręcznika i kilku innych przedmiotów potrzebnych mi do kąpieli. Na zimne stopy nasunęłam czarne kapcie i wyszłam z pokoju numer 6.
      Zamieszkiwałam trzy piętrowy budynek, w którym znajdowała się tylko jedna łazienka na ośmiu mieszkańców. Licząc na to, że nie zastane nikogo innego po drodze, zwolniłam kroku i nie śpieszyłam się z zajęciem kolejki. Moja uwaga zwrócona była na wczorajszym postępku i chwila nieuwagi spowodowała, że wpadłam na jednego z lokatorów. Okazał się nim być Derek z naprzeciwka, ubrany jedynie w szare dresowe spodnie, a blond włosy spięte w wysoki kucyk.
         - Uważaj- obdarzył mnie nieziemskim uśmiechem. Wyższy o całą głowę mierzył około dwóch metrów.
     Studiował prawo choć wszyscy uważali, iż powinien zostać renomowanym modelem słynącym z ekskluzywnych wybiegów mody i z sesji zdjęciowych z najbardziej cenionymi fotografami. Mimo tego wybrał zawód zupełnie odmienny od modelingu i jego decyzja mogła w ogóle się nie podobać innym, ale to był jego pomysł na życie, który chciał zrealizować.
           Zaczęłam wyczuwać na moich policzkach czerwone rumieńce i najwyraźniej musiał to zauważyć.
          - Ładnie ci tak, do twarzy- nie dopuszczałam do głowy tych słów, były one zbyt nierealne by zostały wypowiedziane do mnie. Spuściłam wzrok w dół- naprawdę ślicznie- spojrzałam mu w zielone oczy, w których nie potrafiłam wykryć kłamstwa, a nawet jeśli pragnęłam poszukać prawdy to na to nie pozwolił, bo odszedł bez pożegnania.
           Zaczerpnęłam powietrza do płuc  i podążyłam do łazienki.
         Kolejne siedem godzin spędziłam na wykładach humanistycznych, na których szczerze mówiąc powieki samowolnie opadały i nie chciały dźwignąć się do góry. Gdy tylko wykładowca okrzyknął koniec zajęć przeciągnęłam się w ławce, pozbierałam zeszyty i ruszyłam do wyjścia.
         - A kogo my tu znowu mamy, Emilii?- prze de mną stały dwie wytapetowane postacie. Diana- ta druga- stała z wypchniętym lewym biodrem, na którym trzymała małą zgrabną dłoń, a na pomalowane wiśniową pomadką usta położyła wskazujący palec. Szatynka spojrzała na mnie z pogardą, a jej ruda przyjaciółka- Emilii- starała się zrobić podobnie ironiczną pozę.
            Gdy miałam przemówić, wykładowca, który pozbierał już swoje rzeczy lekko pchnął mnie w głąb korytarza, przez co delikatnie trąciłam dziewczyny w ramiona. Przez chwilę krzyczały jeszcze coś za mną, ale byłam za daleko by wyraźnie usłyszeć.
         Z budynku wybiegłam na chodnik, a z stamtąd na przystanek. Zanim dotrę do mieszkania minie kolejna godzina w samotności. Autobus pojawił się na polu widzenia, a po chwili już do niego wsiadałam, choć nie było to łatwe, bo cały był zapełniony tłumem ludzi. Nie miałam tego szczęścia by usiąść, ale udało mi się przynajmniej złapać za drążek.
            Po kilku minutach kierowca nagle zatrzymał się na czerwonym świetle co spowodowało, że wszyscy straciliśmy równowagę. Lecąc do tyłu poczułam lodowaty dreszcz rozchodzący się po moim ciele.
           - Jeszcze się spotkamy kwiatuszku- ktoś wyszeptał mi chłodnym tonem słowa do ucha. Szybko obróciłam głowę za siebie, ale ujrzałam tylko małego blondyna trzymającego dłoń mamy i nikogo innego kto mógłby dysponować tak niskim i aksamitnym głosem.



Witam nazywam się Wiktoria i uwielbiam wymyślać wszelkiego rodzaju historyjki i opowiadania. Pisanie nie sprawia mi przyjemności, ale czytanie już tak :D , a każdy pomysł powinno przelewać się na kartkę papieru, bo jest taka szansa, iż komuś spodoba się twoja twórczość. Chcę, by ta powieść pokazała wam, że życie nie toczy się tak wspaniale jak w bajkach, że po szczęściu i tak nadejdzie czas na smutek, a to co byśmy chcieli, by było prawdziwe tworzy się tylko w naszej głowie i tam pozostaje. "Znaleziona" nie kończy się happy endem, ale odnalezieniem prawdy, której szukało się od zawsze w swoim życiu, a to co zostało odszukane zostaje ponownie  utraconym.

          

Translate