wtorek, 7 października 2014

Rozdział 1

     Spoglądałam przez małe okno z widokiem na park. Jesień była już dość bardzo widoczna, liście przybrały czerwone i żółte kolory, a trawa odcień zgnilizny. Choć przez temperaturę mogłoby się zdawać, iż nadal trwa lato, to cały krajobraz nie kojarzył się z morzem, z piaszczystą plażą i bezchmurnym niebem. Noc zapadała szybciej od wcześniejszych, a zimne poranki kazały przywdziać na ramiona cieplutki płaszczyk. Dzieci na małym placu zabaw korzystały z ostatnich promieni słonecznych dzisiejszego dnia, a starsze małżeństwo, które jeszcze przed chwilą rzucało ziarna ptakom zbierało się z powrotem do domu.
      Zaczerpnęłam świeżego powietrza do płuc i skupiłam wzrok na bladej ręce. Lekko przejechałam żyletką po skórze, poczułam nieznaczne uszczypnięcie w tym miejscu. Przejechałam ponownie ostrzem. Syknęłam z bólu, po tym cięciu zaczęła płynąć ciemno czerwona krew. Przyjrzałam się uważniej ranie i odetchnęłam z ulgą, a na mojej twarzy pojawił się nawet leciutki uśmiech. Powtórzyłam tą czynność kilkakrotnie.
     Mimo tego, iż przez ten czas sprawiało mi to przyjemność to po ciągłym tworzeniu ran zdałam sobie sprawę z mojego problemu, który siedział w mojej głowie. Już osiem lat temu w sierocińcu zaczęłam to robić. Doskonale wiedziałam, że dopuszczam się czegoś złego co przerażało kolegów z klasy i opiekunów sierocińca.
    Opadłam ciężko na kolana, na policzkach poczułam ciepłe łzy, a na skórze zimne dreszcze. Ciało potrząsane było przez drgawki. Resztkami myśli kazałam sobie doczołgać się do łóżka. Gdy tylko wgramoliłam się na twardy materac, do piersi przytuliłam śnieżnobiałego pluszowego królika, a kolana przyciągnęłam bliżej siebie. Podniosłam pyszczek pluszaka i spojrzałam mu w czarne oczęta, które rozumiały mnie jak nikt inny. Pogłaskałam go po jego długich i miękkich uszach.
       Zawsze gdy było mi smutno i płakałam chciałam mieć go jak najbliżej siebie, przypominał mi o Aleksie i o wszystkich spędzonych razem chwilach. Dostałam Rufusa od niego, a był on jedyną materialną pozostałością po nim. Okryłam się puchatą kołdrą i ukryłam twarz w dłoniach. Nie wiedząc kiedy, zapadłam w głęboki sen.
       Obudziłam się dopiero gdy na nocnym niebie wisiał już wysoko księżyc w pełni, który oświetlał mały pokój. Spojrzałam na zegar wiszący na brzoskwiniowej ścianie, wskazywał on piętnaście po pierwszej. Bolała mnie trochę szyja więc z dotychczas niewygodnej pozycji- pół leżącej- ułożyłam się na plecach i wystawiłam przed siebie ręce. Kusiło mnie by spojrzeć na ich wewnętrzną stronę, ale powstrzymałam się od tego zamiaru i opuściłam je luźno wzdłuż ciała.
***
       Oparta o zimną ścianę przetarłam zmęczone oczy i przejechałam dłonią po lekko tłustych włosach. Rozprostowałam długie nogi wychodzące poza jaśminową pościel, napięłam mięśnie i przeciągnęłam się. Kilka razy zamrugałam powiekami i odwróciłam głowę w lewo, w stronę owalnego lustra wiszącego nad małą umywalką. Zobaczyłam w nim niezbyt atrakcyjną postać, która swoimi czarnymi lokami przypominała Bellatriks Lestrange. Późna godzina zmobilizowała mnie do wstania i zabrania ręcznika i kilku innych przedmiotów potrzebnych mi do kąpieli. Na zimne stopy nasunęłam czarne kapcie i wyszłam z pokoju numer 6.
      Zamieszkiwałam trzy piętrowy budynek, w którym znajdowała się tylko jedna łazienka na ośmiu mieszkańców. Licząc na to, że nie zastane nikogo innego po drodze, zwolniłam kroku i nie śpieszyłam się z zajęciem kolejki. Moja uwaga zwrócona była na wczorajszym postępku i chwila nieuwagi spowodowała, że wpadłam na jednego z lokatorów. Okazał się nim być Derek z naprzeciwka, ubrany jedynie w szare dresowe spodnie, a blond włosy spięte w wysoki kucyk.
         - Uważaj- obdarzył mnie nieziemskim uśmiechem. Wyższy o całą głowę mierzył około dwóch metrów.
     Studiował prawo choć wszyscy uważali, iż powinien zostać renomowanym modelem słynącym z ekskluzywnych wybiegów mody i z sesji zdjęciowych z najbardziej cenionymi fotografami. Mimo tego wybrał zawód zupełnie odmienny od modelingu i jego decyzja mogła w ogóle się nie podobać innym, ale to był jego pomysł na życie, który chciał zrealizować.
           Zaczęłam wyczuwać na moich policzkach czerwone rumieńce i najwyraźniej musiał to zauważyć.
          - Ładnie ci tak, do twarzy- nie dopuszczałam do głowy tych słów, były one zbyt nierealne by zostały wypowiedziane do mnie. Spuściłam wzrok w dół- naprawdę ślicznie- spojrzałam mu w zielone oczy, w których nie potrafiłam wykryć kłamstwa, a nawet jeśli pragnęłam poszukać prawdy to na to nie pozwolił, bo odszedł bez pożegnania.
           Zaczerpnęłam powietrza do płuc  i podążyłam do łazienki.
         Kolejne siedem godzin spędziłam na wykładach humanistycznych, na których szczerze mówiąc powieki samowolnie opadały i nie chciały dźwignąć się do góry. Gdy tylko wykładowca okrzyknął koniec zajęć przeciągnęłam się w ławce, pozbierałam zeszyty i ruszyłam do wyjścia.
         - A kogo my tu znowu mamy, Emilii?- prze de mną stały dwie wytapetowane postacie. Diana- ta druga- stała z wypchniętym lewym biodrem, na którym trzymała małą zgrabną dłoń, a na pomalowane wiśniową pomadką usta położyła wskazujący palec. Szatynka spojrzała na mnie z pogardą, a jej ruda przyjaciółka- Emilii- starała się zrobić podobnie ironiczną pozę.
            Gdy miałam przemówić, wykładowca, który pozbierał już swoje rzeczy lekko pchnął mnie w głąb korytarza, przez co delikatnie trąciłam dziewczyny w ramiona. Przez chwilę krzyczały jeszcze coś za mną, ale byłam za daleko by wyraźnie usłyszeć.
         Z budynku wybiegłam na chodnik, a z stamtąd na przystanek. Zanim dotrę do mieszkania minie kolejna godzina w samotności. Autobus pojawił się na polu widzenia, a po chwili już do niego wsiadałam, choć nie było to łatwe, bo cały był zapełniony tłumem ludzi. Nie miałam tego szczęścia by usiąść, ale udało mi się przynajmniej złapać za drążek.
            Po kilku minutach kierowca nagle zatrzymał się na czerwonym świetle co spowodowało, że wszyscy straciliśmy równowagę. Lecąc do tyłu poczułam lodowaty dreszcz rozchodzący się po moim ciele.
           - Jeszcze się spotkamy kwiatuszku- ktoś wyszeptał mi chłodnym tonem słowa do ucha. Szybko obróciłam głowę za siebie, ale ujrzałam tylko małego blondyna trzymającego dłoń mamy i nikogo innego kto mógłby dysponować tak niskim i aksamitnym głosem.



Witam nazywam się Wiktoria i uwielbiam wymyślać wszelkiego rodzaju historyjki i opowiadania. Pisanie nie sprawia mi przyjemności, ale czytanie już tak :D , a każdy pomysł powinno przelewać się na kartkę papieru, bo jest taka szansa, iż komuś spodoba się twoja twórczość. Chcę, by ta powieść pokazała wam, że życie nie toczy się tak wspaniale jak w bajkach, że po szczęściu i tak nadejdzie czas na smutek, a to co byśmy chcieli, by było prawdziwe tworzy się tylko w naszej głowie i tam pozostaje. "Znaleziona" nie kończy się happy endem, ale odnalezieniem prawdy, której szukało się od zawsze w swoim życiu, a to co zostało odszukane zostaje ponownie  utraconym.

          

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Translate